Szukaj

Eko życie po sześćdziesiątce – jak być bardziej świadomym konsumentem?

Eko życie po sześćdziesiątce – jak być bardziej świadomym konsumentem2

Kiedy słyszymy „ekologiczne życie”, łatwo wyobrazić sobie człowieka, który chodzi po domu w lnianej koszuli, pije wodę z metalowej butelki i każdą obierkę skrupulatnie odkłada do odpowiedniego pojemnika. Może jeszcze jeździ rowerem po zakupy, choć pada. I oczywiście nie posiada samochodu. No dobrze. Tylko że życie większości z nas wygląda trochę inaczej.

Po sześćdziesiątce mamy już swoje przyzwyczajenia. Wiemy, jakiej marki proszek dobrze dopiera ręczniki, który sklep ma przyzwoite pomidory i że pewnych rzeczy nie warto kupować najtaniej, bo człowiek potem dwa razy płaci. Wiemy też, ile kosztuje ogrzewanie mieszkania w styczniu. Dlatego ekologia w tym wieku nie musi oznaczać przewracania życia do góry nogami. Czasem wystarczy kupować trochę mniej, trochę rozsądniej i przestać wyrzucać rzeczy tylko dlatego, że pojawiły się nowsze.

Największym ekologicznym odkryciem, jakiego można dokonać po sześćdziesiątce, jest chyba odkrycie, że nie wszystko trzeba mieć.

Brzmi banalnie? Pewnie tak. A jednak proszę wejść do przeciętnego sklepu z artykułami gospodarstwa domowego. Tysiące rzeczy, których jeszcze wczoraj nie potrzebowaliśmy i nagle okazuje się, że bez nich trudno żyć. Specjalny pojemnik na awokado. Szczotka do czegoś, czego nawet nie potrafimy nazwać. Kolejny kubek, bo ten ma ładniejszy napis.

Sam znam ten mechanizm. Człowiek idzie po jedną rzecz, wraca z trzema. A potem po jakimś czasie otwiera szafkę i zastanawia się, po co mu właściwie czwarta patelnia.

Świadomy konsument zaczyna więc nie od tego, co kupić, tylko od pytania: czy naprawdę tego potrzebuję? To bardzo niewygodne pytanie, szczególnie kiedy w sklepie jest promocja. „Drugi produkt 50 procent taniej” brzmi przecież jak oszczędność. Tyle że jeśli drugiego produktu nie potrzebujemy, oszczędzamy dokładnie zero złotych.

Warto też wrócić do starego zwyczaju naprawiania rzeczy. Dawniej nikogo specjalnie nie dziwiło, że buty zanosi się do szewca, radio do naprawy, a spodnie ceruje. Dzisiaj często łatwiej wyrzucić i kupić nowe. Czasem rzeczywiście jest to rozsądne. Ale nie zawsze.

Mam wrażenie, że przedmioty, które coś z nami przeżyły, mają szczególną wartość. Stary czajnik może być brzydszy od nowego, ale jeżeli działa od piętnastu lat, to może warto dać mu jeszcze szansę. Krzesło można przemalować. Sweter oddać komuś z rodziny. Mebel odnowić, zamiast zamawiać następny, identyczny jak tysiące innych.

I jest w tym coś więcej niż ekologia. Jest zwykła przyjemność z tego, że nie jesteśmy całkowicie zależni od tego, co właśnie pojawiło się w reklamie.

Podobnie z jedzeniem. Tu ekologia spotyka się bardzo mocno z rozsądkiem, a właściwie z kuchnią naszych rodziców i dziadków. Kupowanie lokalnych produktów, wybieranie warzyw sezonowych, gotowanie z tego, co już mamy w lodówce – to nie są nowe wynalazki. Przeciwnie. To często powrót do dawnych praktyk.

Ziemniaki nie muszą przyjeżdżać z drugiego końca Europy, żeby dobrze smakować. Jabłko z polskiego sadu też jest jabłkiem, nawet jeśli nie ma naklejki „premium”. A zupa ugotowana z warzyw, które zostały z obiadu, potrafi być lepsza niż niejeden gotowy produkt w plastikowym opakowaniu.

No i kwestia wyrzucania jedzenia. Tutaj naprawdę warto się pilnować. Czasami robimy zakupy tak, jakby jutro miał nastąpić koniec świata. Lodówka pełna, szafka pełna, zamrażarka pełna. A potem człowiek znajduje jogurt, który pamięta jeszcze poprzednią porę roku.

Pomaga prosta zasada: najpierw zjedzmy to, co już mamy. Planowanie kilku posiłków do przodu też robi różnicę. Nie trzeba od razu prowadzić tabeli w Excelu. Wystarczy kartka przy lodówce. Ziemniaki, jajka, marchew, twaróg – i już wiadomo, co można z tego zrobić.

Ekologiczne życie dotyczy również ubrań. Tutaj reklama przez lata wmówiła nam, że potrzebujemy nowej rzeczy na każdą okazję. Tymczasem po sześćdziesiątce mamy często tę przewagę, że wiemy już, w czym naprawdę dobrze się czujemy. Nie trzeba mieć dwudziestu koszul, jeśli regularnie nosimy pięć ulubionych.

Kupując ubrania, warto patrzeć na jakość. Nie zawsze najdroższe oznacza najlepsze, ale bardzo tania rzecz, która po trzech praniach traci kształt, również nie jest okazją. Lepiej kupić jedną porządną rzecz niż trzy przypadkowe. I nie, nie trzeba mieć idealnej garderoby. Życie to nie katalog sklepu internetowego.

Ważnym tematem jest także energia. Tu akurat ekologia może mieć bardzo praktyczny, domowy wymiar. Gaszenie światła w pustym pokoju, wyłączanie urządzeń, rozsądne ogrzewanie, uszczelnienie okien, korzystanie z energooszczędnych żarówek – pojedynczo są to drobiazgi. W skali roku już niekoniecznie.

Szczególnie ogrzewanie. Nie chodzi przecież o siedzenie zimą w dwóch swetrach i udawanie, że jest nam dobrze. Chodzi o to, żeby nie ogrzewać mieszkania przy otwartym oknie. A z tym, przyznajmy, bywa różnie. Wiele osób robi to z przyzwyczajenia: grzejnik na maksimum, okno szeroko otwarte, bo „trzeba przewietrzyć”. Można przewietrzyć szybko i porządnie, a potem zamknąć okno. Prosta rzecz.

Jest jeszcze jedna dziedzina, o której mówi się rzadziej: zakupy przez internet. Dla wielu osób po sześćdziesiątce stały się ogromnym ułatwieniem. Nie trzeba jechać do centrum miasta, szukać parkingu, nosić ciężkich zakupów. Ale internet ma też swoją pułapkę. Kupowanie jest tam aż za łatwe.

Jedno kliknięcie. Potwierdzenie. Przesyłka następnego dnia. I nagle pod drzwiami stoi karton wielkości małej szafy, a w środku rzecz, którą właściwie można było sobie darować.

Warto dać sobie dobę przed zakupem czegoś, co nie jest potrzebne natychmiast. Dwadzieścia cztery godziny potrafią zdziałać cuda. Wczoraj wydawało się, że bez tego urządzenia życie będzie niepełne. Dzisiaj nawet nie pamiętamy, co to było.

Świadome konsumowanie nie polega zresztą na tym, żeby zostać idealnym ekologiem. To niemożliwe. Każdy kupuje, korzysta z prądu, je mięso, podróżuje, używa plastiku. Nie ma sensu wpędzać się z tego powodu w poczucie winy. Chodzi raczej o kilka rozsądnych decyzji podejmowanych regularnie.

Możemy używać torby wielorazowej. Możemy wybierać produkty z mniejszą ilością opakowań. Możemy segregować śmieci. Możemy oddać niepotrzebne rzeczy zamiast wyrzucać je do kontenera. Możemy kupić mniej, ale lepiej. Możemy też powiedzieć sobie czasem: „Nie, dziękuję, tego już naprawdę nie potrzebuję”.

I chyba właśnie ta ostatnia umiejętność jest najważniejsza.

Bo ekologiczne życie po sześćdziesiątce nie musi być modą, wyrzeczeniem ani kolejnym projektem do wykonania. Nie trzeba nagle zmieniać całego domu, kupować ekologicznych gadżetów i studiować etykiet przez pół godziny. Wystarczy odrobina uważności.

Zresztą mamy coś, czego młodszym pokoleniom czasem brakuje – pamięć o tym, że kiedyś rzeczy po prostu miały służyć długo. Słoik po dżemie nie był odpadem, tylko słoikiem. Torba była torbą i służyła latami. Chleb wykorzystywało się do ostatniej kromki. Sweter można było zszyć.

Może więc przyszłość ekologii wcale nie musi oznaczać wyłącznie nowych technologii. Może trochę polega również na przypomnieniu sobie starych, całkiem rozsądnych zasad.

Kupujmy mniej. Naprawiajmy, kiedy się da. Nie wyrzucajmy jedzenia. Patrzmy na rachunki za prąd i ogrzewanie. I przede wszystkim nie dajmy sobie wmówić, że do szczęścia potrzebny jest kolejny przedmiot.

Po sześćdziesiątce człowiek naprawdę może już wiedzieć, że szafka pełna rzeczy niekoniecznie daje więcej spokoju. Czasem jest wręcz przeciwnie. A mniej rzeczy, mniej marnowania i trochę więcej namysłu przed zakupem to nie tylko ukłon w stronę środowiska. To także zwyczajnie lżejsze życie.

Obrazek na Magnific