Jeszcze niedawno pomysł, żeby człowiek po sześćdziesiątce szedł na studia, mógł wzbudzić uśmiech. „A po co ci to?”, pytali znajomi. „Przecież już pracujesz albo jesteś na emeryturze”. Jakby nauka miała termin ważności, trochę jak jogurt stojący w lodówce. Po sześćdziesiątce data przydatności minęła, proszę wyrzucić.
Na szczęście życie nie zawsze słucha takich rad. Dzisiaj coraz więcej osób po sześćdziesiątce wraca do nauki. Niektórzy wybierają studia podyplomowe, inni kursy, uniwersytety trzeciego wieku albo po prostu uczą się czegoś samodzielnie. Powodów jest mnóstwo. Czasem chodzi o pracę, czasem o zainteresowania, a czasem o zwykłą potrzebę zrobienia wreszcie czegoś dla siebie.
Bo wcześniej przecież zawsze było coś ważniejszego. Dzieci, praca, remont mieszkania, rodzice, kredyt, lekarz, zakupy. I nagle człowiek ma 62 czy 67 lat i po raz pierwszy od bardzo dawna może zapytać siebie: „A czego właściwie ja chcę?”. To pytanie, wbrew pozorom, wcale nie jest łatwe.
Studia podyplomowe mają sens szczególnie wtedy, kiedy stoi za nimi konkretna potrzeba. Nie chodzi przecież o to, żeby po dwóch semestrach mieć kolejny dyplom w szufladzie, obok świadectwa pracy i starych rachunków. Jeśli ktoś od lat interesuje się historią sztuki, może wreszcie zająć się tym na poważnie. Jeżeli prowadzi działalność gospodarczą, przyda mu się rachunkowość albo zarządzanie. Ktoś inny wybierze psychologię, informatykę, języki obce, fotografię czy ogrodnictwo.
I bardzo dobrze. Nie każda nauka musi prowadzić do awansu albo podwyżki.
To chyba jedna z najważniejszych rzeczy. Po sześćdziesiątce człowiek nie musi już każdej decyzji przeliczać na pieniądze. Oczywiście, pieniądze są ważne. Rachunki mają tę nieprzyjemną właściwość, że nie interesuje ich nasz rozwój osobisty. Ale nauka może dawać coś zupełnie innego – poczucie, że nadal się rozwijamy, że głowa pracuje, że możemy czegoś nie wiedzieć i dopiero się tego dowiedzieć.
To ostatnie jest zresztą całkiem przyjemne. W młodości często chcemy sprawiać wrażenie, że znamy odpowiedź na każde pytanie. Z wiekiem można już spokojnie powiedzieć: „Nie wiem. Proszę mi to wyjaśnić”. I nie ma w tym żadnego wstydu.
Jest jeszcze sprawa ludzi. Bardzo ważna, choć rzadko pojawia się w reklamach studiów podyplomowych. Nauka oznacza kontakt z innymi osobami. Wykładowca, grupa, rozmowa przed zajęciami, kawa wypita w przerwie, czasem wspólne przygotowanie projektu. Kawa z uczelnianego automatu bywa, delikatnie mówiąc, dyskusyjna, ale nawet ona po kilku miesiącach może kojarzyć się całkiem sympatycznie.
Dla osoby na emeryturze taki kontakt może mieć szczególne znaczenie. Po zakończeniu pracy znika przecież pewien codzienny rytm. Nagle nie trzeba wstawać o szóstej, nie trzeba spieszyć się na autobus, nikt nie czeka z telefonem o 8.15. Początkowo człowiek jest zachwycony. Potem zaczyna zauważać, że poniedziałek trochę przypomina środę, a środa sobotę.
Studia potrafią ten rytm przywrócić. Trzeba gdzieś pojechać, coś przeczytać, przygotować się do zajęć. Nagle pojawia się termin, który trzeba zapamiętać. W kalendarzu znowu coś jest. Niby drobiazg, a jednak tydzień zaczyna mieć swoje punkty zaczepienia.
Nie znaczy to oczywiście, że każdy po sześćdziesiątce powinien natychmiast zapisać się na studia. Warto wcześniej sprawdzić program, wymagania i sposób prowadzenia zajęć. Niektóre kierunki są naprawdę wymagające. Są egzaminy, prace zaliczeniowe, prezentacje, czasem nauka obsługi programów, których nazwy brzmią jak zaklęcia z filmu fantasy.
Trzeba również policzyć koszty. Czesne, dojazdy, książki, materiały, a czasami noclegi, jeśli zajęcia odbywają się daleko od domu. Nie ma sensu udawać, że pieniądze nie mają znaczenia. Mają. Warto jednak zadać sobie dwa pytania: „Czy mnie na to stać?” oraz „Czy naprawdę tego chcę?”. Drugie jest chyba ważniejsze.
Bo można zapisać się na kierunek tylko dlatego, że dobrze wygląda w internecie albo znajoma powiedziała, że „warto”. Po kilku tygodniach może się okazać, że człowiek zamiast z zainteresowaniem otwiera podręcznik, patrzy na niego przez pięć minut i zaczyna myśleć o myciu okien. To już jest wyraźny sygnał ostrzegawczy.
Warto też pamiętać, że dzisiejsze studia podyplomowe często można odbywać w trybie weekendowym albo częściowo zdalnie. Dla osób pracujących jest to duże ułatwienie. Nie trzeba przecież wracać do studenckiego życia w wersji pełnej, z codziennym siedzeniem na uczelni i biegiem przez miasto z plecakiem.
Nie trzeba też koniecznie wybierać studiów. Czasami znacznie lepszy będzie kurs albo uniwersytet trzeciego wieku. Jeżeli ktoś chce nauczyć się historii regionu, języka włoskiego czy fotografowania, formalny dyplom może być mu zwyczajnie niepotrzebny. Papier jest miły, można go schować do teczki, ale najważniejsze jest to, co zostaje w głowie.
A co z młodszymi osobami na takich studiach? Tego również nie należy się bać. Owszem, ktoś może szybciej znaleźć odpowiednią funkcję w komputerze. Ktoś inny będzie pisał na klawiaturze tak szybko, że człowiek zacznie podejrzewać, iż ma dodatkowe palce. Młodsi mogą znać aplikacje, o których istnieniu nawet nie słyszeliśmy.
Ale starszy student ma coś, czego nie da się zainstalować ani pobrać. Doświadczenie. Przez lata pracy, wychowywania dzieci, prowadzenia domu i rozwiązywania najróżniejszych problemów człowiek nauczył się patrzeć na wiele spraw szerzej. Czasem właśnie jedno pytanie zadane przez sześćdziesięciolatka uruchamia dyskusję, której wcześniej nikt nie przewidział.
Czy więc warto podjąć studia podyplomowe po sześćdziesiątce? Jeżeli robimy to tylko po to, żeby komuś coś udowodnić, raczej nie. Jeśli jednak od dawna chodzi nam po głowie temat, którego nigdy nie było czasu zgłębić, sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Nie jesteśmy przecież skończonym projektem tylko dlatego, że przekroczyliśmy sześćdziesiątkę. Nadal możemy zmienić zdanie, znaleźć nowe zainteresowanie, poznać ciekawych ludzi i nauczyć się czegoś, czego wcześniej nawet nie braliśmy pod uwagę. Możemy też czegoś nie rozumieć za pierwszym razem. Trudno. Młodsi też nie rozumieją, tylko czasem szybciej to ukrywają.
Studia podyplomowe nie odmłodzą człowieka i nie powinny tego udawać. Mogą jednak sprawić, że życie zrobi się trochę bardziej interesujące. Pojawi się nowy temat, nowi ludzie, jakiś cel na sobotę. A czasami właśnie tyle wystarczy, żeby zwykły tydzień przestał być tylko kolejnym tygodniem. Jeśli więc mamy ochotę znowu usiąść w ławce, wyjąć długopis i czegoś się nauczyć, naprawdę nie ma powodu, żeby oglądać się na metrykę. Wiek nie powinien być wymówką, ale też nie musi być bohaterem całej historii. Najważniejsze, żeby tym razem zrobić coś dlatego, że sami mamy na to ochotę.









